Film – przepis na krewetki

We współpracy z blogerką kulinarną Moniką Ruszkowską czyli ekuchareczką.pl wyprodukowaliśmy film, na którym prezentowany jest jeden z przepisów na krewetki. Zaczerpnięty został z albumu kulinarnego “50 przepisów na krewetki”

Agencja “Hanami Communications” odpowiedzialna była za całość produkcji:

  • scenariusz
  • zdjęcia
  • montaż
  • dystrybucję w sieci

Public relations, a czynnik ludzki …

W poprzednim wpisie, dokonanym na stronie internetowej naszej agencji public relations Hanami Communications, starałem się opisać jak ważnym czynnikiem jest kompletowanie odpowiednich osób do pracy w public relations. Na dobrą sprawę, nie dotyczy to wyłącznie świata agencyjnego. Kompetentny, pracowity i uczciwy pracownik jest na wagę złota. O czym dobrze wiedzą wszyscy ci, którzy zarządzają takimi zespołami.

zarysy sylwetek ludzi jacy są najbardziej wart Doskonale wiem, że bieżący czas (2019) wymaga by skupiać się wyłącznie na success story. Jednak, do bólu prawdziwe historie, jak ta poniżej, również mogą być interesujące. W szczególności dla osób, które zarządzają agencjami public relations. Tak, jak ja kiedyś i teraz to robię.

Ta jest do bólu prawdziwa –  mieliśmy kiedyś taki przypadek…

Z punktu widzenia bieżących czasów, wydarzenie, które miało miejsce (chyba) w 2010 roku ma wymiar archeologicznej skamieliny. Jestem pewien, że problem ten nadal występuje i będzie występował nadal. Dotyczy zawodowej uczciwość ludzi z którymi pracujemy – w tym przypadku – w agencyjnej rzeczywistości.

Mieliśmy wtedy, klienta w postaci ogromnej korporacji międzynarodowej, który powierzył nam opiekę public relations nad jednym ze swoich produktów FMCG. Relacjonując w dużym skrócie, z naszej strony wszystko działało jak trzeba: wysyłki do dziennikarzy, obdzwonki, jakieś spotkania, konferencje – normalka.

Któregoś pięknego dnia, zadzwoniła do nas przedstawicielka klienta i zadała proste pytanie –  Dlaczego przy przygotowywaniu informacji prasowej o produkcie w opisie użyliście atrybutów świata marki produktu firmy konkurencyjnej? W słuchawce, po naszej stronie zapadła  cisza. Odpowiedzieliśmy:  eeeeee……, aaaaaa,  oooooooo… , uuuuuuu …

Osoba, która od strony agencji czyli “Ciszewski Public Relations” była odpowiedzialna za tego klienta, wszystkiemu stanowczo zaprzeczała. Mówiła, że klient jest głupi, namolny, nie zna się, czepia się jej; przecież ona tak ciężko pracuje i się poświęca, a tu takie niesprawiedliwe oskarżenie… i temu podobne farmazony. 

Zaczęliśmy sprawdzać. Od razu okazało się, że faktycznie – klient miał rację. Prawdą było to, że „na chama” władowaliśmy się w świat marki innego konkurencyjnego produktu.  

Powiedzmy, że ten nasz podstawowy przekaz to w dużym obrazku: ciepła rodzina zasiadająca przy stole, wspólnie spożywająca posiłek, ciesząca się sama sobą, chwilą i wszystkim. Ciesząca się sobą w nieinwazyjnej atmosferze. Ufnie patrząca w przyszłość. Ten drugi świat konkurencyjnej marki wyglądał nieco inaczej. Pokazywał młodych ludzi, tańczących w takt muzyki. Towarzyszyły im pulsujące kolorowe światła, jakieś nowinki technologiczne. Są piękni, szczupli, bardzo modnie ubrani. Ze swojej młodości czerpiący, każdą komórką ciała co się da.

Musimy się chyba zgodzić, że pierwsza linia komunikacyjna nijak nie jest pasującą do tej drugiej. Dwa odrębne zbiory narracyjne. 

Pewnie już się Państwo domyślacie jak było ? Gdy owa Pani pisała wzmiankowaną informację prasową o produkcie naszego klienta, znalazła w internecie informację prasową pochodzącą od firmy konkurencyjnej. Bez żadnego obciachu, refleksji czy też jakiegokolwiek uczucia wyższego zrobiła tak jak wiemy, że się robi = control a, control c oraz control v, następnie  wysłała tekst do klienta z prośbą o akceptację. Nawet przecinków nie pozmieniała. 

Nie ma co – wiedzieliśmy, że była to bardzo słaba sytuacja. Z tym klientem pracowaliśmy już dość długo; dodatkowo, mieliśmy perspektywy na obsługę kolejnych produktów z ich wielkiego portfolio. Generalnie przyszłość w aspekcie pracy na rzecz tego globalnego koncernu rysowała się – jak mawiają klasycy – brylantowo.

Na szczęście klientka była czujna, zadzwoniła do nas… Kolejne wydarzenia były do przewidzenia. Oczywiście przepraszałem, wiadrami sypałem sobie popiół na łeb, deklarowałem poprawę, zaangażowanie, wdrożenie dodatkowych procedur. Nie było o czym gadać, klient w trybie pilnym, rozwiązał z nami umowę. Tym samym, firma straciła przychód na poziomie kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie.  Z tą Panią oczywiście błyskawicznie się pożegnaliśmy.

Z pewnością jesteście ciekawi kim była i dlaczego tak zrobiła?

Miała wieloletnie doświadczenie korporacyjne. Wcześniej, po stronie klienta, pracowała w dziale komunikacji również dużej, międzynarodowej  firmy.  Sprawiała dobre wrażenie. Jak to mówią była inteligentna i oczytana. Z naszej perspektywy pracodawcy wydawało się więc, że wszystko składało się w jedną, spójną całość. Jakie motywy nią kierowały? Trudno powiedzieć… Chyba po prostu najzwyklejsze lenistwo wynikające z podłego fajansiarstwa życiowego, w którym osoba ta żyła.

Myślę, że gdyby ta informacja prasowa nie została zastopowana w ostatnim momencie, konsekwencje prawne oraz finansowe wobec mojej firmy mogłyby być tragiczne.

Mając wielkie doświadczenie mieliśmy oczywiście wdrożony system kilkuetapowego sprawdzania dokumentów, które od nas wychodzą na okoliczność normalnego redagowania, sprawdzania dat, miejsc, nazw poszczególnych wydarzeń (możliwość powstania czeskiego błędu jest wręcz nieograniczona). Nie przyszło nam jednak na myśl, by można było w 100% zerżnąć od kogoś tekst informacji prasowej i bezczelnie udawać, że samemu się go napisało. Od tamtego momentu zaczęliśmy sprawdzać teksty powstające w firmie za pomocą internetu…

Dziś nie pamiętam jak ta Pani wyglądała, jak się nazywała. Nic o niej nie chcę wiedzieć. Wspominam tę sytuację jako statystyczną nieuchronność fakapu, jaki musi mieć miejsce w każdej agencji świadczącej usługi public relations.

Ryzyko działań public relations ?

Na czym polega ryzyko w prowadzeniu działań public relations ?

… choć bądźmy szczerzy, kwestia ta dotyczy większości lub wszystkich firm, które świadczą (powiedzmy, że), usługi inteligentne. Bądź przynajmniej uchodzące za inteligentne. Tam gdzie głównym i jedynym wykonawcą większości czynności jest człowiek. Istota obarczona mocnymi i słabymi stronami.

Z agencjami public relations (jak również tymi, które zajmują się szeroko pojętą reklamą) jest jeden podstawowy problem. Wymagane jest od nich podejście kreatywne. Dzień po dniu, od początku i jeszcze od początku muszą wymyślać: koło, kwadrat, ogień i wodę.

Oznacza to w praktyce,  że firmy tego charakteru, mają bardzo duże zapotrzebowanie na ludzi zdolnych i pracowitych (Często oczywiście jest tak, że jedna z tych cech wyklucza tę drugą). Ponieważ cała branża potrzebuje właśnie takich jednostek, po to aby budować z nich wysoko kreatywne zespoły i firmy,  wyścig w poszukiwaniu dobrych ludzi jest morderczy. Na pokładzie muszą być właśnie tacy; nie ich tańsze zamienniki. Takie założenie stoi w sprzeczności do oczekiwań większości klientów, którzy za tego typu usługi chcą płacić tak mało jak się da i wymagać tak dużo ile się da.

Jeżeli agencja nie będzie potrafiła ich znaleźć i zatrudnić odpowiednich kandydatów – będzie raczej przegrywać. Konkurencja będzie proponowała klientom rozwiązania atrakcyjniejsze, skuteczniejsze, a kto wie – może i tańsze rozwiązania

Oznacza to, że monitoring poszukujący potencjalnych współpracowników musi być prowadzony 25h/na dzień, a może i 26 godzin dziennie.

Gdzie należy poszukiwać zdolnych ludzi ? Z pewnością u konkurencji (agencje public relations) – jest to działanie najprostsze i najszybsze; choć może być tak, że najdroższe. Argument finansowy może być  jednym z najpoważniejszych czynników przy podejmowaniu decyzji o zmianie pracy.

W szeroko pojętym środowisku reklamowym, ale też w działach marketingu firm, które prowadzą  inne biznesy, ale mają swoje komórki

To znowuż oznacza, że nie ma końca procesu rekrutacji; taki stan rzeczy należy zaakceptować bez zbędnej dyskusji. Należy cały czas, monitorować rynek pracowników aby budować swoją wiedzę o aktualnych kandydatach; ich wiedzy, możliwościach, oczekiwaniach.

Jest to niezwykle ważny element w zarządzaniu agencją, ponieważ daje bezustanny przegląd tego: kto, co, jak i kiedy. W momencie gdy pojawia się w agencji dodatkowa i niespodziewana praca – przy odrobinie szczęścia –  pozwala szybko powiększyć wydolność agencji. Wygenerować dodatkowy dochód i zysk.     

Gdy jeszcze pracowałem operacyjnie w mojej poprzedniej firmie „Ciszewski Public Relations” , przynajmniej raz w tygodniu, starałem się rozmawiać z kimś kto przysłał do nas swoje CV. Później zachęcałem do tego aby moi współpracownicy przejęli ten zwyczaj.

Otóż jeśli ma się ambicje by rozwijać ją; obsługiwać większą ilość klientów oraz zatrudniać większą ilość konsultantów należy zdać sobie sprawę z kilku podstawowych prawd, które dotyczą Ciebie, Twoich aktualnych i Twoich przyszłych współpracowników:

1/ nigdy Twoi pracownicy nie wykonają zadania tak jak ty sobie to wyobrażasz i tak jak ty byś uczynił;

2/ nie masz szansy sprawdzić wszystkiego i wszystkiego nadzorować bo nie masz na to żadnej przestrzeni i zasobów; dzień ma określoną ilość godzi; tydzień liczy siedem dni, a rok dwanaście miesięcy – nie przeskoczysz tego;

3/ musisz sam ze sobą zawrzeć kompromis podstawowy, którego bazą jest statystyka;  mówi ona, że im większa skala operacji tym większa możliwość wpadki. Błąd i zaniedbanie to wydarzenia nieuniknione.

4/ cały czas musisz poszukiwać nowych ludzi do współpracy; ale nie licz na to, że będą myśleli działali dokładnie jak Ty; gdyby tak było, od dawna mieli by już własne agencje – z jakiegoś powodu aplikują o robotę u Ciebie; albo mają twoje zdolności lub nawet większe i jesteś wtedy Twoja firma i ty są wyłącznie poligonem do zdobywania doświadczenia i kontaktów biznesowych; prędzej czy później kopną cię w dupę i pójdą dalej. Jedyna różnica polega wyłącznie na tym w jakim stylu wykonają to kopnięcie.

5/ tak więc z pewnością trafisz na takich, którzy będą cię chcieli ordynarnie wykiwać, a może i przy okazji okraść: z klientów, z czasu za który im płacisz, z twojego doświadczenia i na koniec pieniędzy. Tylko nie mów, że ciebie to nie spotka. Spotka bo to wyłącznie – statystyka

6/ ludzie, których zatrudnisz albo się sprawdzą albo się nie sprawdzą w szerokim horyzoncie czasowym; jest to proporcja 50% do 50%;

7/ trafią się tacy, którzy są bardzo dobrzy, uczciwie pracujący, oddający firmie to co mają najlepszego; wnoszący prawdziwą wartość dodaną; może się zdarzyć, że nie rozpoznasz ich talentu bowiem nie będą oni dbali o odpowiednie public relations  w Twoich oczach bo nie są  po prostu do tego nawykli; Ty zaś możesz być zajęty “bieżączką” i z braku czasu nie zwrócisz uwagi na prawdziwy diamencik, który nie potrafi lśnić – tak jak by sytuacja uzasadniała. Przegapisz takiego człowieka.

8/ po drugiej stronie spotkasz takich, którzy cały swój wysiłek będą wkładali w to aby w Twoich oczach wyglądać jako pracownik wręcz doskonały by nie powiedzieć wzorcowy; bo nie praca na rzecz firmy, a wyłącznie lizusostwo jest ich receptą na pokonywanie kolejnych szczebli. Co więcej ich talent w tym względzie może być tak wielki, że możesz się nie zorientować  – przynajmniej na początku – że są oni chodzącą blagą i ściemą. W istocie bardzo niebezpieczną i groźną bo nie zajmują się wytwarzaniem wartości dodanej, a są zajęci produkcją mgły, który ma pokazać świat, którego nie ma – iluzję

9/ spotkasz takich, których o co nie zapytasz to wszystko jest wielkim sukcesem i osiągnięciem; puszczą w spodnie bąka i będą to opisywali jako sukces na miarę odkrycia księżyca.

10/ spotkasz takich, którzy tworzą rzeczy przełomowe ale słowa o tym nie powiedzą bo są skromni lub za skromnie albo nie będą ci chcieli głowy zawracać wychodząc z założenia, że ty masz na głowie znacznie poważniejsze sprawy …

11/ najlepiej będzie jeśli uda ci się zgromadzić zespół ludzi, który wyznaje podobne wartości do Twoich do których w najgorszym przypadku będziesz miał uczucia neutralne i które będziesz po prostu i po ludzku lubił, a nie takie których sam widok i zapach wyprowadza z równowagi; z tym i drugimi raczej nigdy nie dojdziesz do ładu; szkoda zatem Twoich zasobów energetycznych na ich obsługę.

Jedni ludzie za pomocą innych ludzi chcą trafi z określonym przekazem do jeszcze innych ludzi Sami widzicie, że to jeden z najniebezpieczniejszych układów; po drodze nie ma bezdusznych maszyn, które dobrze zaprogramowane wykonają swoją pracę perfekcyjnie. Mamy do czynienia z kreatywnym człowiekiem, który potrafi wyprowadzić w pole najdoskonalszą procedurę i złamać wszystkie ustalenia.

Reputacja

Reputacja

Mamy jesień 2019. Za nami wybory do parlamentu i ostra, czasami na granicy dobrego smaku za nią, kampania wyborcza. Wiele z wydarzeń, które jej towarzyszyły można spokojnie zakwalifikować jako (głównie medialną) sytuację kryzysową, która miała potencjał lub wpłynęła na reputację przeciwnika politycznego. W tym środowisku, emanacją tego zjawiska może być brak dopływu nowego elektoratu; w gorszym wariancie odpływ dotychczasowego. Co w praktyce przekłada się na brak zwycięstwa np. w czasie wyborów.

Sytuacje kryzysowe nie dotyczą oczywiście wyłącznie świata polityki. W ostatnich miesiącach ma miejsce wielkie nasilenie wybuchania różnych sytuacji kryzysowych. Zjawisko to dotyka polskich oddziałów, ponadnarodowych koncernów, polskie firmy i organizacje (również NGO) kościoła, poszczególnych osób „przebywających” w domenie publicznej.  Praktycznie, każdego dnia wybucha jakaś nowa afera, która albo dość szybko się kończy lub trwa kilka, kilkanaście dni albo cały czas tli się w świadomości społecznej.

Przypomnijmy sobie – czym jest i jaką wartość ma reputacja? 

W Encyklopedii Zarządzania, gdzie hasło to opracowały Iwona Pusz i Monika Janiczak – określono ją jako: „Sumę subiektywnych percepcji, na które składają się obiektywne opinie, poglądy i osądy.

Wyrażane są one między innymi przez pojedyncze osoby (interesariuszy), grupy, instytucje oraz organizacje.

Reputację można nadać określonej jednostce (rzeczy, osobie, postaci, organizacji, miejscu, zwierzęciu itd.).

Pojęcie reputacji jest najczęściej wykorzystywane w zakresie dziedziny ekonomii. Definiowane jest w różny sposób, wynikający z kontekstu na przykład: według marketingu oznacza efekt brandingu, natomiast dla otoczenia biznesu oznacza wartość niematerialną i odzwierciedlenie działań.

Reputacja w środowisku społecznym może być dobra albo zła, również można ją zyskać lub stracić. Można się o nią starać oraz dbać. Tak samo reputację można naprawić jak i zepsuć.

Zepsucie lub naprawa reputacji jest wynikiem zyskanej negatywnej lub pozytywnej sławy konkretnej jednostki. Reputacja określa kondygnację zaufania lub nieufności.

Posiadanie dobrej reputacji, na dobrą sprawę jest dobrem bezcennym. W najprostszym, praktycznym ujęciu przekłada się na:

  • możliwość oferowania rynkowi towarów/usług w wyższej cenie niż czyni to konkurencja;
  • możliwość zatrudniania pracowników o wysokich kompetencjach za niższe uposażenie niż czyni to konkurencja;
  • większa lojalność i produktywność pracowników;
  • silniejsze i pozytywniejsze relacje z dostawcami;
  • buduje przewagę rynkową. Produkty czy też oferta usługowa przekonują bardziej konsumentów i inwestorów;
  • lepszą pozycję negocjacyjną tym samym, szansa na uzyskanie niższych cen od podwykonawców/dostawców;
  • zmniejszenie ryzyka powstania sytuacji kryzysowej;
  • mniejsze straty, gdy nastanie kryzys, ponieważ organizacja, cieszy się większa życzliwością interesariuszy.

Oczywiście główną arterią, którą mknie: złość, oburzenie, oskarżanie, szkalowanie, obrażanie jest internet. Do dyspozycji są różnorakie aplikacje, fora dyskusyjne, miejsca w których można wpisać komentarz.

Najczęściej, reagujący na dane wydarzenie, posiadają swój unikalny punkt widzenie. Ten jest wypadkową: poglądów, doświadczenia, wiedzy, motywu, osobistej emocjonalności, zależności rodzinnej lub biznesowej lub finansowej. Ten konglomerat różnych powodów, którego ostateczną egzemplifikacją jest prowadzenie dyskusji w postaci wpisów w aplikacjach i forach powoduje, że bardzo szybko podmiot, który (słusznie bądź nie) poddany jest hejtowi, ponosi starty wizerunkowe i reputacyjne. Gdy dana sprawa przedostaje się do mediów naziemnych i staje się przedmiotem ogólnospołecznej debaty, straty są jeszcze większe. Wtedy reputacja otrzymuje najcięższe ciosy. To negatywnie przekłada się na wszystko co dotyczy danej zbiorowości.

Musimy pamiętać, że reputacja jako taka, jest wynikiem wielokrotnych kontaktów, różnorakich interesariuszy z różnymi komunikatami wysyłanymi (dosłownie i w przenośni) przez organizację: – na zewnątrz, jak i do wewnątrz. Mało tego, wpływ na nią mogą mieć również ci, którzy nie mają bieżącego z nią kontaktu, a tym bardziej jakichkolwiek interesów. Oni również mogą zabrać głos.

Komunikatem może być po prostu zwykłą informacja prasowa, ale również filozofia, styl i metoda prezentowania towarów na sklepowej półce.

Sposób prowadzenia rozmowy przez pracownika callcenter. Uśmiechnięty, schludnie ubrany, miły i zaangażowany sprzedawca. Sposób załatwienia reklamacji konsumenckiej. Treść i jakość komunikacji uprawianej przez pracowników, reprezentantów, ambasadorów organizacji za pomocą mediów społecznościowych. Zwrócenie uwagi i być może zajęcie się jakimś ważnym problemem społecznym.

Na dobrą sprawę „wszystko” co z organizacji, wydostaje się na zewnątrz jest elementem lub mikroelementem w procesie budowy lub destrukcji reputacji.

W jej budowaniu bardzo pomaga osoba, rozpoznawalnego lidera, który znany jest w danej branży, a może nawet szerzej – w danym kraju, kontynencie, a może i na całym świecie. Makro przykładem niech będzie Elon Musk lub Richard Branson. Musimy się chyba zgodzić, że ci dwaj dżentelmeni swoją reputacją i wizerunkiem, „pchają” do przodu, należące do nich firmy.

Wszystkie te aktywności, powinny być spójne z wartościami i DNA organizacji. Co do zasady – prezentować pozytywny i prawdziwy wizerunek organizacji. Oczywiście na tyle obiektywny, na ile jest to tylko możliwe. Łatwiej wyrobić i utrzymać dobrą reputację, gdy z punktu widzenia rynku i interesariuszy, jest się organizacją przynajmniej neutralną. Sprawa staje się dużo trudniejsza, gdy ma się w ofercie: produkty, usługi, przekazy nacechowane czymś społecznie dyskusyjnym lub nagannym.

Tak jak wcześniej zostało wspomniane, należy pamiętać, że reputację możemy zaliczyć do miękkich aktywów, ekonomicznych. Jestem przekonany, że sprawny i doświadczony finansista byłby nam w stanie podać ogólne widełki procentowe, jakie można by doliczyć do ogólnej wartości danego przedsiębiorstwa. To obrazowałoby ekonomiczne uzasadnienie posiadania dobrej reputacji.

Ponieważ świat, w zakresie technik informacyjnych, w ostatnich latach bardzo się zmienił, staramy się – choć nie zawsze nam to wychodzi –  być wyczuleni na okoliczność, różnego rodzaju nieprawdziwych informacji, manipulacji medialnych, post-prawd, socjotechnik przenikających do naszego życia społecznego. Być może również, stajemy się nieco bardziej podejrzliwi wobec czyjejś „dobrej reputacji” dotyczących organizacji i ludzi, mimowolnie, szukając w takiej narracji fałszywych nut.

Z drugiej strony – jak dobrze wiadomo, bardzo trudno manipulować reputacją. Trudno, ponieważ wszelka sztuczność, półprawda, kłamstwa szybko zostają zdemaskowane. W tym sensie niezwykle trudno sprawować nad nią kontrolę.

Oczywiście, mamy w pamięci bardzo wiele przykładów różnych sytuacji kryzysowych, dotyczących świata, biznesu, polityki, organizacji non profit, konkretnych ludzi. W wielu przypadkach takie wydarzenie, przynajmniej teoretycznie powinno na zawsze „zrównać z ziemią” daną organizację lub osobę, a tak się nie stało. Dziś często mają się świetnie i na dobrą sprawę nikt już nie pamięta „kryzysowych chwil grozy”.

Ciekawe czy ktoś pamięta jeszcze case study  Tylenolu? Sprawę połamanych masztów w polskim żaglowcu i dziką awanturę z ubezpieczycielem jaka wtedy miała miejsce, tego co się działo przy okazji platformy NC+. Wylewu ropy do zatoki Meksykańskiej, który degradował środowisko naturalne i wiele, wiele innych przypadków, które miały miejsce w Polsce i na świecie, … ale to historie na odrębny wpis.

Z jakich powodów klienci rozstają się z agencjami public relations ?

Z jakich powodów klienci rozstają się z agencjami public relations ?

Utrata klienta na ogół była i nadal jest  jednym z najbardziej bolesnych doświadczeniem dla agencji i ludzi w niej pracujących. Dzieje się tak, ponieważ podważa istotę, profesjonalizm wykonywanych usług komunikacyjnych.

Takie wydarzenie ma dwa wymiary: biznesowy i emocjonalny. Po pierwsze jest to utrata (na ogół) miesięcznego przychodu i z tego wynikającego zysku, (czasami straty – tak również bywa)

Dla właścicieli firmy, jego kierownictwa, (z pracownikami różnie bywa) wydarzenie takie ma walor również, najczęściej emocjonalny. Otóż taka decyzja, na ogół neguje, kompetencję, zaangażowanie, skuteczność agencji; choć czasami, czynniki te nie mają żadnego znaczenia i wpływu na podjęcie decyzji o „rozstaniu”

Prześledźmy z jakich powodów klienci rozstają się z agencją z klientami:

Normalne lub na granicy dobrego smaku:

  • konkretne działanie, akcja do której doraźnie potrzebne było wsparcie public relations np. obsługa sytuacji kryzysowej.
  • skończyła się czasowa umowa na obsługę pr
  • przyszedł nowy CEO, dyr. marketingu, lub komunikacji. Ma inną wizję niż poprzednik, dotyczącą strategii, kierunków, narzędzi oraz wykonawców. Nie chce pracować ze starą ekipą. Ma swoją zaufaną.
  • agencja pracowała wiele lat i klient uznał, że konieczna jest świeża krew, nowe spojrzenie, nowe podejście czyli de facto oczyszczenie się ze starych przyzwyczajeń, podążanie utartymi ścieżkami, które już nie działają tak jak działały, powiedzmy pięć lat temu.
  • fundusz inwestycyjny, który jest udziałowcem klienta zakręca kurek z pieniędzmi, każąc ciąć wszystko do kości. Agencja public relations nie jest kością. Zostaje obcięta.
  • wprowadzony zostaje jakiś zakaz reklamy; promocji alkoholu, tytoniu, hazardu, określonych farmaceutyków

Niemiłe:

  • agencja, spartaczyła wykonawstwo i naraziła swojego klienta na straty: wizerunkowe, reputacyjne, finansowe oraz nieokreślone inne. Cała wcześniejsza, dobra relacja, zaufanie udzielone agencji, w jednej sekundzie, uleciało w siną dal.
  • okazało się, że agencja zrobiła fantastyczną prezentację i jeszcze lepsze wrażenie. W cuglach wygrała przetarg. Dość szybko, okazało się jednak, że za kolorowymi paciorkami, rozsypanymi po stole, nie idzie żadna konkretna wartość. Nic nie było takie jakie miało być. Miało świecić, a jest ciemno. Miało tańczyć, a leży; miało śpiewać,  tylko, a wydobywa się wyłącznie niezborny bełkot. Klient w uzasadniony sposób, czuje się oszukany.    
  • od początku lub w trakcie pracy została zgubiona obustronna chemia. Praca nad projektem nie była przyjemnością lub po prostu pracą. Stała się szamotaniną stron. Wzajemnym oskarżaniem, traceniem dobrej woli, energii, chęci współdziałania. Współpraca kończy się. Wszyscy, oddychają z ulgą.
  • w czasie pracy wybudowała się jakaś relacja pomiędzy pracownikiem agencji i przedstawiciela klienta; relacja finansowa, emocjonalna, miłosna. Wpływa to na jakość, bezpieczeństwo, komfort pracy. Ktoś po stronie klienta to dostrzega. Mówi – „Nie umawialiśmy się na coś takiego”.
  • klient wynajmuje agencję. Od początku wie, że będzie ją zwodził i oszukiwał na różne sposoby. Świadomie i z pełną premedytacją, wykorzystując podległość i uległość podwykonawcy. Nie płaci. Cały czas kwestionuje wszystko co robione jest na jego rzecz. W pewnym momencie, stwierdza, że ma tego dosyć i rozwiązuje umowę. Oczywiście – w sensie formalnym nigdy jej nie podpisał. Cały czas zniecierpliwiony wyjaśniał, że prawnicy sprawdzają ten dokument, mają uwagi, propozycje i zalecenia oraz, że już niedługo będą się kontaktować. Tak mija minimum pół roku, rok, a czasami więcej. (mieliśmy kiedyś taki przypadek w Ciszewski Public Relations)
  • przedstawiciel klient umiera. (mieliśmy kiedyś taki przypadek w mojej poprzedniej agencji w “Ciszewski Public Relations”)
  • firma czyli klient bankrutuje. (miewaliśmy kiedyś takie przypadki w mojej poprzedniej agencji w “Ciszewski Public Relations”)
  • likwidowany jest polski oddział firmy. W „sekundę znika z rynku. (miewaliśmy taki przypadek w mojej poprzedniej agencji w “Ciszewski Public Relations”)
  • Szefowie klienta, urzędujący za granicą, wynajmują sieciową agencję, która świadczy usługi public relations np w całej europie lub na świecie. Tym samym dotychczasowy kontrakt jest rozwiązywany. (mieliśmy kiedyś taki przypadek w mojej poprzedniej agencji w “Ciszewski Public Relations”)

Nie ulega żadnej wątpliwości, że raczej wszystko ma swój początek i koniec. No …, może oprócz konieczności, dbania o reputację. Na dobrą sprawę ten proces nie ma początku ani końca 🙂

Fermy Woźniak z Hanami Communications

Fermy Woźniak z Hanami Communications

Agencja PR Jerzego Ciszewskiego  od początku października pracuje dla „Ferm Woźniak”, producenta i eksportera jaj konsumpcyjnych. Do zadań Hanami Communications będzie należało wspieranie „Ferm Woźniak” w szeroko pojętych działaniach public relations, z naciskiem na edukację.

Myśląc o przyszłości naszej firmy, doszliśmy do wniosku, iż potrzebne jest nam nowe spojrzenie w zakresie prowadzonych działań komunikacyjnych  – powiedziała Barbara Woźniak, pełnomocnik zarządu Ferm Woźniak – działamy na bardzo konkurencyjnym i wymagającym rynku produkcji  spożywczej. Na co dzień współpracujemy z bardzo poważnymi i wymagającymi partnerami. Uważnie obserwujemy nasze środowisko biznesowe, zmiany zachodzące na rynku konsumenckim, otoczkę społeczną. W oczywisty sposób nakłada to na nas obowiązek odpowiedzialnego komunikowania się ze wszystkimi interesariuszami.  

Agencja planuje wielowymiarowe działania edukacyjne, mające na celu popularyzowanie konsumpcji jaj i wszelkiej problematyki z tym związanej. Wspomaganie „FDW” w zakresie prowadzenia bieżących działań public relations, tak na poziomie komunikacji korporacyjnej jak i produktowej.

Pierwszym efektem współpracy jest wydanie efektownego albumu z przepisami na potrawy z jaj, opracowanego wspólnie z Moniką Ruszkowską, blogerką kulinarną z portalu ekuchareczka.pl.

– Jaja są źródłem łatwo przyswajalnego białka, witamin i mikroelementów, są niskokalorycznym, wartościowym i ważnym składnikiem diety. Jest sporo mitów i półprawd, które wraz z Fermami Woźniak chcemy wyjaśnić, żeby konsumenci świadomie i bez obaw mogli korzystać z dobrodziejstw tego naturalnego superfood’u – mówi Jerzy Ciszewski, CEO w Hanami Communications.

Fermy Woźniak to jeden z największych producentów jaj konsumpcyjnych w Europie i lider w Polsce. Firma istnieje od 1986 r. Posiada w pełni zintegrowany system produkcji jaj w cyklu zamkniętym, certyfikowany według m. in. BRC Global Standard for Food Safety, IFS Foods oraz autorskiego systemu bezpieczeństwa żywności EGGIDA. Firma dysponuje własnym systemem produkcji pasz i flotą ponad 250 pojazdów ciężarowych, o normach emisji EURO 5 i EURO 6.

Fermy Woźniak zostały dwukrotnie wyróżnione Złotym Laurem Konsumenta, Złotym Godłem Konsumenckiego Lidera Jakości oraz Orłem Eksportu województwa wielkopolskiego.  Nowo wprowadzona marka „zdrovo” otrzymała wyróżnienie Konsumencki Lider Jakości – Debiut 2018. Siedziba przedsiębiorstwa znajduje się w Żylicach, nieopodal Rawicza.

Agencja PR Hanami Communications powstała w 2018 roku z inicjatywy Jerzego Ciszewskiego, laureata wielu nagród i wyróżnień przyznawanych przez środowisko Public Relations, wyróżnionego mianem Człowieka Roku PR i Lwem PR. Hanami Communications oferuje szerokie spektrum działań PR i specjalizuje się w zarządzaniu informacją w sytuacjach kryzysowych.

Dlaczego nie warto mieć agencji public relations ?

W jednym z poprzednich wpisów zająłem się problemem – Czy warto mieć agencję public relations ? Elementarna uczciwość każe spojrzeć nan ten problem z drugiej strony – Dlaczego nie warto mieć agencji pr

Owe rozważania należy rozpocząć od samego siebie i zadać sobie dwa pytania podstawowe. 

1/ ogólne odnoszące się do rozumienia ekonomii, przedsiębiorczości, rynku usług, konkurencji, wyzwań jakie niosą nowoczesne technologie. 

 2/ dotyczące istoty biznesu public relations; zadań jakie są stawiane takim organizacjom i ludziom w nich pracujących.  

Postawione znaki zapytania mają wymiar podstawowy:

– Czy jestem w stanie  wziąć odpowiedzialność za swoje życie zawodowe ? 

– Czy będę w stanie zabezpieczyć podstawowe funkcjonowanie mojej rodziny; opłacać wszystkie rachunki miesięczne ? 

– Czy jestem na tyle dojrzały aby wziąć odpowiedzialność za zawodowe życie zawodowe  moich przyszłych pracowników, podwykonawców, partnerów biznesowych ?

  • Czy prowadząc prywatny biznes będę w stanie zarobić pieniądze na bieżące funkcjonowanie firmy, na jej  rozwój ?
  • Czy wiem co to cierpliwość ?
  • Czy potrafię działać w stresie i zwątpieniu ?
  • Czy wierzę w siebie, swoje umiejętności w swoją wiedzę ?

Jako doświadczony człowiek, mam wrażenie, że ludzie planujący wzięcie swojego losu w swoje ręce bardzo często ludzie nie odrabiają tego podstawowego zadania. Patrzą na swój przyszły świat przez pryzmat życzeniowości; nie analizując rynku, konkurencji, nie robiąc realnego kosztorysu przyszłego przedsięwzięcia; nie zostawiając marginesu na nieprzewidziane.  Nie planując swoich działań.

Ta kwestia, którą postawiłem jako podstawową, z pozoru jest retoryczną. Aby samemu prowadzić biznes należy posiadać, różnorakie  określone cechy i  umiejętności.  Gdzie – na samym początku należałoby ustawić ponad przeciętną odporność na stres, pracowitość i coś co moglibyśmy nazwać wizjonerstwem. Nie nauczymy się tego oczywiście z podręczników traktujących o biznesie, z poradników dla akwizytorów tym bardziej  gazet i magazynów biznesowych. Trzeba mieć do tego instynkt przetrwania

Musimy po pierwsze zakodować sobie, że nam jako prywatnemu przedsiębiorcy, każdego dnia będzie towarzyszyło ryzyko. 

Ryzyko – to słowo,  które będziemy odmieniać przez wszystkie przypadki. Ulokowane w każdej części waszego przyszłego biznesu. W jego charakterze, ofercie, wykonawstwie; w ludziach pracujących z wami i dla was; w rynku na którym działacie; w szerokim otoczeniu w urzędach regulacyjnych, skarbowych, w ekonomii kraju w którym żyjecie ale i kondycji gospodarczej Europy i i świata. 

To ryzyko będzie czaiło się wszędzie. Niektórzy bardzo lubią takie środowisko; innym pęta ono ręce i myśl.

Wielce prawdopodobne, że sprawy waszej firmy przenikną  do waszych domów; staną się troskami i zwycięstwami waszych najbliższych. O firmie będzie się rozmawiało przy śniadaniu, kolacji, czasami w łóżko; będzie się ona śniła po nocach. Firma. „O czym myślisz ?” – pyta partnerka lub partner. Odpowiadamy  „Myślę o firmie”. Może się okazać, że w pewnym momencie Wasz biznes będzie myślą i tematem dominującym, że nie będziecie w stanie nakierować  się na jakiekolwiek inne zagadnienie – może mniej konkretne, ale pozwalające na sekundę psychicznie odetchnąć.   

Będziecie oczywiście  podlegać kilku mitom, które są przypisane profesji prywatnego przedsiębiorcy. 

Mit pierwszy i chyba podstawowy – „prywatny przedsiębiorca z definicji (jakiej ? tego nie wie nikt) jest zamożnym człowiekiem”.  Otóż w momencie zakładania pierwszego biznesu na ogół nie jest; być może – jak będzie miał wiele szczęścia, wykaże się  odpornością wobec różnorakich przeciwności , włoży tytaniczną pracę i zaangażowanie w swoją firmę  i będzie miał coś co nazywamy „nosem do interesów” –być może wtedy, gdzieś  na końcu tej wyboistej drogi będzie opływał w dostatki; ale to pieśń przyszłości.

Mit drugi i trzeci odnosi się do pracy w naszej branży – w marketingu zarabia się łatwe i lekkie pieniądze, które na dobrą sprawę same lecą z nieba; a pracując w public relations mamy szczególnie miłe życie bowiem zarabiamy jeszcze łatwiej, głównie zajmując się wymyślaniem konceptów i idei – czyli produkowaniem powietrza.  Do tego w nieskrępowany sposób brylujemy  głównie na różnych rautach i przyjęciach ocierając się o możnych tego świata, różnych cele brytów, już okrzepłych biznesmenów, różnej maści i barwy polityków. Przy okazji wypowiadamy się do mediów.  Od czasu do czasu, nasze zdjęcie wyląduje w rubryczce towarzyskiej jakiegoś modnego magazynu kolorowego.

Dość trudno będzie dyskutować i jeszcze trudniej będzie walczyć z taką  ogólną legendą; okaże się, że nie ma to większego sensu. Mało tego być może lepiej ją podtrzymywać ? Na to pytanie każdy sam sobie musi odpowiedzieć. 

Idźmy więc dalej i zerknijmy na naszą przyszłą profesję

– warto, a może potraktujmy to jako konieczny warunek , byśmy mieli dogłębną i każdego dnia rozwijaną wiedzę dotyczącą marketingu, bardzo szeroko pojętego świata mediów,  wiedzę dotyczącą rynku naszych usług, zdefiniowane rozwijające się trendy w komunikacji. Jeśli możecie czymś zwyciężyć – będzie to wyłącznie coś czego jeszcze nikt nie robi. Jeżeli nie posiadacie biegłości w tym temacie macie dwa wyjścia: albo błyskawicznie to nadrabiacie albo jeszcze szybciej wybieracie sobie inny biznes. 

Tu pojawia się dodatkowa kwestia. Czy można robić biznes na czymś na czym człowiek się nie zna i tego nie lubi ? Jeśli uznamy, że robienie pieniędzy to wartość jedyna i najwyższa, a przy okazji jesteśmy rewelacyjnym prywatnym przedsiębiorcą, który każde ziarno  piasku jest w stanie zamienić w złoty samorodek; dla którego branża nie ma znaczenia; gdzie  jedyną wartością jest zysk, który z pewnością zostanie zrobiony –  wtedy nie ma kwestii.  

Idąc głębiej w marketing i public relations:

wejście jako przyszły usługodawca w szeroko pojęty świat marketingu oznacza, że w przyszłości będzie się konkurowało z tak samo, a może bardziej inteligentnymi niż my; … tak samo, a może bardziej pracowitymi  niż my; … tak samo jak my, a może jeszcze bardziej  nastawionymi na sukces i zwycięstwo.  Oznacza to, że „wstawiamy nogi” do niezwykle konkurencyjnego środowiska : bystrzaków, pracusiów i  ambitników; środowiska,  które buduje przewagę rynkową na ogół na dwa podstawowe sposoby: 

a/ kreowanie nowatorskich,  świeżych rozwiązań: marketingowych, sprzedażowych, dotyczących obsługi klienta – tej bieżącej i długofalowej;

b/ walka ceną – czytaj, obniżanie jej i szukaniem efektu skali;

… oczywiście mamy do czynienia ze znacznie większą ilością wariacji i zmiennych w biznesie marketingowym, ale te dwa są – nazwijmy je – absolutnie i fundamentalnie podstawowymi. 

Pewną rolę gra również geografia. Oczywiście, najwięcej potencjalnych klientów jest w Warszawie. Trochę na Śląsku i na Wybrzeżu. W innych rejonach kraju nieco z tym gorzej.

Co to wszystko oznacza ?

To oznacza, że musimy być przygotowani na długą walkę pozycyjną i powolny wzrost naszej firmy.  Młody przedsiębiorco – dużo częściej Twój dzień pracy będzie szary, a bardzo rzadko kolorowy. Musisz być po prostu przygotowany na długotrwałą walkę pozycyjną, ciężką pracę, wiele porażek i rozczarowań. Przyszły przedsiębiorco – to będzie Twój chleb powszedni, Twój dzień codzienny, skład Twojej krwi. Jak nie jesteś na to gotów, nie rób tego. Nie otwieraj własnego biznesu. Nie otwieraj agencji public relations. Idź gdzieś na etat. Tak będzie bezpieczniej i prościej.

Choroby na jakie m.in. cierpią agencje public relations ?

Choroby agencyjne

Jest kilka chorób na jakie może zapaść agencja public relations czy też w szerszym obrazku agencja marketingowa (lub też firma zajmująca się miękkimi usługami) gdzie uzyskany wynik jest efektem ciekawego, kreatywnego rozwiązania.

W przypadku agencji public relations ten aspekt jest bodaj najważniejszy (przyjmując założenie, że wykonawstwo jest na poziomie dobrym lub bardzo dobrym) Generowanie unikalnych konceptów komunikacyjnych, które będą w stanie „porwać” grupę do której dany komunikat został skierowany. Istotą takiego sukcesu są: kliknięcia, zaangażowanie odbiorców, informacja, która w nieformalny sposób „rozchodzi” się w przestrzeni medialno komunikacyjnej.


Oczywistym jest, że  taki “marketingowy Święty Graal” zdarza się bardzo rzadko albo przynajmniej rzadko. Ponieważ w tym biznesie pracują raczej inteligentni ludzie, znakomicie wiedzą jakie są warunki brzegowe tej gry. Choć czasami z powodu taniego, osobistego konformizmu udają głupków. W mojej poprzedniej agencji, często bywało tak, że gdy  wszystkie brain stormingi nie dały oczekiwanych efektów, kartka z konceptem strategicznym nadal była pusta. Często wtedy, jak królik z kapelusza, wyciągany był pomysł, kosmiczny, nie realizowalny, może nawet szkodliwy marketingowo z pewnością bijący wizerunkowo wobec mojej agencji i mnie osobiście.

  
Brzmiał on – … zaprosić do Warszawy znanego artystę i performera Christo (właściwie – Christo Władimirow Jawaszew) aby ten opakował Pałac Kultury w złotą folię spożywczą. Generalnie ten artysta specjalizował się w tzw. „sztuce krajobrazu” – cokolwiek by to nie znaczyło. Klienci na taki koncept reagowali najczęściej: sceptycznie, ironicznie lub patrzyli na nas spod oka jak na ludzi niepoważnych lub naciągaczy. Gdy pierwszy raz usłyszałem o tym pomyśle może i jakiś półuśmiech pojawił się na mojej twarzy. Później jednak, gdy ktoś wyjeżdżał z takim pomysłem od razu dostawałem żyły.


Inną jednostką chorobową jest lenistwo wynikające z cieplarnianych warunków pracy. Miałem kiedyś do czynienia u jednej zawodniczki, której płaciłem niezłą w sumie pensję “z syndromem dwóch tygodni. Z grubsza wyglądało to mniej więcej tak =  mówię do niej –  „Wiesz co, miałem ciekawy kontakt z potencjalnym klientem, może byś do niego zadzwoniła i umówiła się na spotkanie, a może prezentację …?” Zawsze z tych ust padała odpowiedź, „ ….Tak prezesie, ale jestem tak zarobiona, mam tyle na głowie, że najwcześniej jestem w stanie do tych ludzi  zadzwonić za dwa tygodnie. Wcześniej nie dam rady, tyle roboty… Prezesie. Nie wiadomo w co ręce włożyć”. Przy innej okazji prosiłem ją „…Przyślesz mi rozliczenie z klientem X? Chciałbym zerknąć, proszę?” Odpowiedź – „… Prezesie, najwcześniej za dwa tygodnie, taka zarobiona jestem … No, nie wiem w co ręce włożyć …”.  Oczywiście nic nie przysyłała, bo excela nie miała zrobionego. Za to udawała się na fajkę i kawę. 


Choroba kolejna to arogancja. Arogancja agencyjna lub arogancja jednostkowa. Zwał jak zwał – jedna wynika z drugiej. A jej początek to poczucie rynkowej bezkarności. Dość często dotyczy ona agencji sieciowych i ludzi tam pracujących. Wynika to często z faktu, że klientów „prawie bez walki” otrzymuje się z macierzystej sieci. Tym samym, zapach frontowego prochu związanego z ciągłymi zabiegami o nowego klienta i nowe zlecenie, tak dobrze znane wszystkim nie sieciowym agencjom, jest raczej nieznany. Tak – to oczywiście skrót myślowy. Agencje sieciowe, również prowadzą walkę o nowych klientów. Jednak poziom stresu u kadry zarządzającej jest zupełnie inny. 

Tak – oczywiście praca w agencji public relations to duże wyzwanie tak dla zarządzających jak i dla pracowników. Bez ustanku poddawani są presji rynkowej, płynącej od klientów oraz konkurencji. Na koniec dnia jest to zero jedynkowa gra, gdzie złe przyzwyczajenia, zaniedbania, wybieranie drogi na skróty są bardzo groźnymi zjawiskami, istotnie osłabiającymi agencję public relations

Dlaczego warto mieć agencję public relations ?

Są osoby, które marzą by mieć: jakiś startup technologiczny, restaurację, klub sportowy etc. Są też tacy, którzy chcieliby mieć własną agencję public relations. Podzielmy więc włos na czworo !

Zatem dlaczego warto prowadzić  agencję pr ?

Ja osobiście wierzę, że z bardzo wielu powodów, warto mieć agencję public relations. Podzielmy argumentację „za” na dwie części. 

Pierwszy,  twardszy powód odnosi się do naszego własnego życia zawodowego, planowania kariery tym samym różnym możliwościom kreowania własnego świata biznesowego w którym człowiek się porusza się wedle „własnych” zasad. (własne, wcale nie oznacza złe zasady)

Oznacza to możliwość, radosnego budowania, własnego przedsięwzięcia biznesowego, własnej firmy; rozwijanie jej do coraz większych rozmiarów; z czasem zyskiwanie szacunku rynku, konkurencji, klientów. Wchodzenie w coraz to nowe przestrzenie biznesowe; powolne dokładanie nowych usług, produktów, poszerzanie pola działania. 

Dawno temu znalazłem gdzieś porównanie firmy do ciała człowieka. Gdzie firma zdrowa, ma odpowiednio odporne i elastyczne kości. Posiada odpowiednią proporcję napędzających ją mięśni do spowalniające ruch  tkanki tłuszczowej. Wyposażona w głowę z bystrymi oczami, wyczulonym narządzie słuchu i węchu. Mądrym i błyskotliwym umyśle potrafiącym wyciągać wnioski tak z  porażek jak i zwycięstw. 

Dla osób kreatywnych, pracowitych i mądrych oznacza to ciągłą możliwość budowania i ulepszania przestrzeni w której się poruszają; przestrzeni, którą nazywa się strategią blue ocean. 

(za wikipedią – Strategia “błękitnego oceanu” (ang.Blue Ocean Strategy) – jedna ze strategii zajmowania rynków przez przedsiębiorstwa. Autorami pojęcia są W. Chan KimRenée Mauborgne związani z francuską wyższą szkołą biznesu INSEAD, a opisane ono zostało w wydanej w 2005roku książce pt. Blue Ocean Strategy. Koncepcja strategii “błękitnego oceanu” jest pewnego rodzaju przeciwwagą dla strategii “czerwonego oceanu” (czyli zajmowania tych rynków, które są już zagospodarowane).

Podstawą definicji “błękitnego oceanu” jest kreowanie przez przedsiębiorstwa wolnej i niezagospodarowanej jeszcze przestrzeni rynkowej. Dzięki temu konkurencjaprzestaje być istotna oraz przedsiębiorstwa wykorzystują w pełni innowacyjnośćdo kształtowania swojej pozycji. Istotą tej strategii jest innowacja wartości, której celem jest koncentrowanie się na wytwarzaniu nowych wartości dla klientów i własnego przedsiębiorstwa.

Powiecie, że rynek public relations jest już zagospodarowany i podzielony przez „Dużych” „Średnich” i „Małych”. Chcielibyście powiedzieć, że w public relations już wszystko zostało powiedziane, zrobione, zaprezentowane, wprowadzone ? – jesteście w wielkim błędzie !!!

Każda firma, organizacja, stowarzyszenie ba … aktywny zawodowo człowiek potrzebuje wsparcia takich jak my; może tak być, że jeszcze w tej sprawie się nie zorientował. W taki ujęciu nie ma żadnej konkurencji na tym rynku ponieważ każda nowa agencja czy konsultant – jeśli będzie chciał – znajdzie sobie swoją niszę !

Każdy dzień niesie nowe możliwości; każdy dzień może być kluczowym dla dalszego rozwoju waszej firmy czy też waszej kariery zawodowej. Każdego dnia może się pojawić jakaś „big idea”, która pchnie waszą firmę czy też was do przodu. Wszystko jest w waszych rękach !

Napiszę więcej – na dobrą sprawę – dla osób twórczych, ambitnych, poszukujących prowadzenie własnej firmy jest jedyną rozsądną, długofalową  receptą na życie. Ale dlaczego właśnie firma public relations, a nie jakaś inna ?

Przejdźmy zatem do korzyści miękkich; po tej stronie mamy ich bardzo wiele, choć prawdziwymi beneficjentami możecie być raczej Wy – osoby pracujące w tej branży przed którymi wszystko i wszędzie stoi otworem. Oczywiście by korzystać z różnych dobrodziejstw jakie niesie ta profesja trzeba posiadać  kilka cech, różne ciekawości świata i ludzi, potrzeby pokonywania kolejnych wyzwań (o tym też opowiadam na prawo i lewo)

Na czym więc to polega ?

– przy osiągnięciu „jakiejś” lepszej pozycji zawodowo środowiskowej, praktycznie rzecz biorąc wszystkie możliwe drzwi w: biznesie, polityce, kulturze, sporcie i czym tam jeszcze są dla Was potencjalnie otwarte. Macie szansę wchodzić i wychodzić do różnych światów – często niedostępnych dla innych. Macie szansę je: poznawać, analizować, ulepszać dla satysfakcji tych, którzy te drzwi otworzyli oraz dla Waszej własnej;

– jeżeli interesujecie się jakąś dziedziną życia jest wielce prawdopodobne, że pracując w public relations będziecie mogli zawodowo się nią zajmować. Kręci was: sport – zapraszamy; interesujecie się:  muzyką, filmem, malarstwem, grafiką (kulturą) ten świat was bardzo potrzebuje. Jest wygłodzony: aplauzu, ambasadorów, pieniędzy na bieżące funkcjonowanie – do diaska – potrzebuje takiego samego marketingu i public relations jak fmcg czy też usługi finansowe.

Interesujecie się polityką ? Ojejku – tu zapotrzebowanie na Wasze usługo jest ciągłe i rosnące. Na rynek wchodzą nowe partie – potrzebują was. Na rynku są okrzepłe partie – tym bardziej łakną świeżych i porywających konceptów. Z rynku schodzą stare partie, a przecież nie chcą wylecieć z obiegu – nerwowo szukają takich jak wy. 

Lubicie gadżety elektroniczne ? firmy IT wiedzą co to marketing i public relations, będą was wyposażały w nowy sprzęt. Kosmetyki ? Samochody ? Turystyka ? To wszystko jest wasze. 

Więc zamknijcie oczy, pomyślcie o sobie i waszych marzeniach i ruszajcie w te pędy w sobie znanym kierunku. Oni was przecież potrzebują, a Wy ich !

– będziecie mieli szansę porozmawiać z: profesorem, ministrem, premierem, generałem, mistrzem olimpijskim, laureatem konkursu Chopinowskiego, zwycięzcą You Can Dance, robotnikiem budującym most lub stadion, wynalazcą kolejnego koła lub aplikacji internetowej, która ma szanse powalić świat na kolana. Jeśli będziecie otwarci na tych ludzi bez ustanku będziecie mieli szansę się uczyć. Każdego dnia wasze oczy mają szansę otwierać się szerzej oglądając coraz ciekawsze rzeczy, dotykając coraz ciekawszych zagadnień;

– jeżeli lubicie podróżować po kraju i świecie to również zawód w sam raz dla Was. Częste wpisane aktywności public relations w strategie europejskie lub światowe powoduje, że często trzeba udać się na lotnisko i zapakować się do samolotu by swoje czynności wykonywać w innym kraju lub na innym kontynencie – piękne to;

– jeżeli po latach pracy, środowisko uzna klientów, potencjalnych pracodawców uzna, że znacie się na swojej robocie; potraficie mądrze wnieść wartość dodaną do funkcjonowania przedsiębiorstwa; umiecie bezkolizyjnie  istnieje możliwość zarabiania znacznie więcej niż średnia krajowa. Mało tego – jeżeli rynek stwierdzi, że jesteście „mistrzynią lub mistrzem świata” macie szansę jeszcze bardziej „podliftingować” swoje zarobki. 

Inaczej  – one same się automatycznie „zliftingują”.

– jeżeli po latach wyczerpiecie się jako specjalista ds. public relations i będziecie chcieli zacząć robić coś innego, zmiana zawodu również będzie możliwa i stosunkowo łatwa. Przez lata zbudujecie sobie (tak młodzież teraz mówi) taki networking, że to raczej wy będziecie mieli szansę wybrać kolejne miejsce, a nie miejsce was. 

W naturalny sposób często zastanawiam się nad swoją drogą zawodową. Doznałem wielu porażek, kilka razy zwyciężyłem. Miałem momenty zwątpienia, koszmarnego zmęczenia; zadowolenia lub euforii gdy udało się coś fajnego zrobić.

Błąd – podwójny gambit

Do popełnianych błędów podejście mam następujące i to zawsze staram się przekazać moim współpracownikom. “W danej sprawie możesz się pomylić; to naturalne, ludzkie, czasami potrzebne aby zrozumieć jakiś proces, wydarzenie, wymaganie – ok. Gdy w tej samej sprawie pomylisz się drugi raz to robisz się „lekko podejrzana/podejrzany”; Gdy trzeci raz popełnisz ten sam błąd – zasadniczo jesteś skreślony. To bardzo proste: nikt już ci nie zaufa, nie powierzy ważnego zadania, nie poprosi o pomoc. Nie będziesz pełnoprawnym członkiem zespołu. Będzie dla niego zagrożeniem oraz zbędnym ryzykiem. Tak więc dalsze współprzebywanie nie ma żadnego sensu. Łańcuch jest tak silny jak jego najsłabsze ogniwo. To wszystko jest bardzo proste”

Ja w czasie mojej pracy popełniłem mnóstwo różnych błędów. Bodaj w pierwszym roku funkcjonowania agencji wysłałem zaproszenie na konferencję prasowa gdzie w dacie jej odbycia nic się nie zgadzało: dzień, miesiąc, rok. Wtedy też nauczyłem się, że każdy tekst od najprostszych po najbardziej skomplikowany powinien na samym końcu przejść przez kogoś kto nad nim nie pracował. „Świeże oko” ma dużą szansę aby wyłapać literówki, złą konstrukcję zdania, błędy związane z datą, miejscem, uczestnikami … takie tam głupotki, które potrafią wystawić na śmieszność najlepszych. 

 Wnioskiem jaki miałem po tym wydarzeniu było to, że każdy tekst wychodzący z agencji musi być przeczytany na końcu przez „świeżą głowę”, której zadaniem jest wyłapanie wszystkich błędów jakie mogły powstać podczas pisania i redagowania tekstu.

Jeszcze za czasów Ciszewski Public Relations, mieliśmy kiedyś zawodniczkę, która za jednym zamachem „pobiła” wszystkie rekordy. Była doświadczona osobą z prawie dziesięcioletnim stażem pracy, również w dużej, zagranicznej korporacji. Czyli przynajmniej w teorii miała aureolę, zawodowego, honorowego  „ucertyfikowania”. Zawodniczka była odpowiedzialna za prowadzenie jednego z najważniejszych klientów agencji z rynku fmcg i jego produktu o światowej sławie – obecnego również na polskim rynku. W ramach jej obowiązków służbowych, odpowiedzialna była za przygotowywanie (raczej pisanie) informacji prasowych o tym produkcie.

Jakież było nasze zdziwienie kiedy to odebraliśmy telefon od klienta, który zapytał się nas – czy my czasem nie pospadaliśmy na głowy z krzeseł skoro do skonstruowania tej informacji prasowej, użyliśmy świata marki, który jest przynależny do produktu będącego głównym rywalem rynkowym wobec produktu naszego klienta.Jak mawiają klasycy … w słuchawce zapadła długa i głęboka cisza, a ktoś w oddali przełknął nerwowo ślinę, słychać było trzepot skrzydeł motyla, który leciał kilometr dalej. Okazało się, że chyba … w ramach lenistwa ta zawodniczka przy pomocy magicznej techniki = ctrl c/ctr v tworzyła informacje prasowe – owszem były one sprawdzane pod kątem redakcyjnym, ortograficznym, seo (słowa kluczowe) ale nikt nie wpadł na pomysł aby dodatkowo sprawdzać taką informację na okoliczność ordynarnego plagiatu. My klienta straciliśmy, zawodniczka wyleciała z roboty na zbity pysk.

Kto w tej sytuacji popełnił błąd ? oczywiście, że my; pierwszy – ponieważ zatrudniliśmy tak zepsutą do szpiku i niebezpieczną osobę; drugi – ponieważ nie nadzorowaliśmy w odpowiedni sposób jej poczynań; choćby „checking anty plagiatowy”. Owszem firma była już wtedy dość pokaźna – na pokładzie było ponad 50 osób; dziennie powstawało kilka/kilkanaście informacji prasowych dla różnych klientów, ale to nas nie tłumaczy. To my daliśmy ciała,  nie byliśmy wystarczająco czujni ! Z drugiej strony … wymyśl sam człowieku taki podwójny gambit.

Wiem, że się staracie i Wam zależy. Popełniajcie swoje błędy, ale  błagam – uczcie się na nich !